Pokazywanie postów oznaczonych etykietą "Zew krwi". Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą "Zew krwi". Pokaż wszystkie posty

niedziela, 16 sierpnia 2015

Rozdział 8

Nie wierzę, to już 5 miesięcy od ostatniego rozdziału. Mam nadzieję, że ktokolwiek jeszcze czeka ne ten rozdział. Myślę, że nie ma co liczyć, że kiedyś się nauczę systematyczności i będę dodawała rozdziały w sensownych odstępach czasu, no ale ja już taka jestem.
 No to czytajcie i komentujcie :)





- Muszę iść do Catariny – powiedział Magnus i ruszył w dół ulicy, nie oglądając się za siebie.
- Nie wiem jak wy, ale ja wracam do Instytutu – mruknął Jace i skierował się w boczną uliczkę.
Clary podążyła za nim, spoglądając przelotnie na Simona, jakby oczekiwała, że do niej dołączy. Tak jednak się nie stało.
Gdy rudowłosa zniknęła w oddali, Alec doszedł do wniosku, że nie ma powodu, aby nadal tam stać i także udał się do Instytutu.
- Zostaliśmy sami – zauważył Simon z lekkim uśmiechem, spoglądając na Izzy.
- Ciekawe, co dzieje się na komisariacie – zastanawiała się Izzy.
- Cokolwiek się tam dzieje, to sprawa sfory. Przynajmniej tak twierdzi Luke – skwitował Simon, rozglądając się po ulicy.
- No nie wiem – westchnęła brunetka – wydaje mi się, że w to jest zamieszany nasz demon.
- Może…- chłopak zdawał się jej nie słuchać.
Izzy zmarszczyła brwi.
- Co robisz? – zapytała, spoglądając na dziwnie zachowującego się Simona.
- Próbuję złapać taksówkę – odpowiedział, jakby była to najbardziej oczywista rzecz na świecie i znów machnął ręką na nadjeżdżający samochód.
Taksówka zatrzymała się z piskiem opon, rozbryzgując brudny, roztopiony śnieg na wszystkie strony. Dziewczyna odskoczyła, aby uniknąć wątpliwej przyjemności skąpania się w paskudnej brei. Simon wsiadł do środka, zostawiając otwarte drzwi. Izzy podeszła do chłopaka. Właśnie miała coś powiedzieć chłopakowi, gdy usłyszała głos taksówkarza.
- Wsiadasz? Nie mam całego dnia! – zapytał ochryple kierowca.
Dziewczyna drgnęła zaskoczona nieuprzejmością mężczyzny. Simon spojrzał na nią wyczekująco, ta jednak tylko westchnęła i pokręciła głową.
- Nie czuję się dobrze – powiedziała ze smutkiem.
- Trudno – odparł chłopak, lekko zakłopotany. – Może innym razem… - dodał, wychylił się z taksówki  i pocałował Izzy w policzek.
Dziewczyna uśmiechnęła się ponuro. Zamknęła drzwi samochodu i cofnęła się o krok. Machała Simonowi jeszcze długo po odjeździe taksówki.


***

Alec czekał z słuchawką w ręce.  Nie miał ochoty rozmawiać z matką, ale dzięki temu telefonowi wiedział, co dzieje się w Idrisie.
Niedługo przedstawiciele Podziemnych dostaną wezwania i będą musieli stawić się w Alicante. Możliwe, że to jego ostatnia noc z Magnusem i nie spędzą jej razem. Czarownik będzie pewnie u Catariny, a on musi zostać w Instytucie. To wszystko mu się nie podobało.
Drzwi do biblioteki otworzyły się ze skrzypnięciem. Do środka wpadła Izzy. Była zziajana, musiała biec przez całą drogę.
- Mama – wyszeptał Alec, wskazując na telefon.
Izzy przewróciła oczami.
- Kiedy zadzwoniła? – zapytała szeptem, żeby Maryse jej nie usłyszała.
- Dziesięć minut temu – odparł chłopak, podając jej słuchawkę.
- Muszę? – jęknęła Izzy, ale wzięła telefon.
Brat kiwnął głową.
- Cześć, mamo – powiedziała, przybierając uprzejmy ton.
Alec wyszedł z biblioteki. Był zmęczony, ale wcale nie chciało mu się spać. Denerwował się całą tą sytuacją z demonem i tym, co działo się w Alicante. Nie pomagała mu też świadomość, że już wkrótce straci Magnusa i to nie wiadomo na jak długo.
Chłopak poszedł do swojego pokoju. Było tam żałośnie szaro i smutno. Przywykł do spania w objęciach Czarownika, a teraz musiał znów powrócić do swojego pustego łóżka. Zawsze traktował Instytut, jako swój dom, ale teraz o wiele bardziej wolał mieszkanie na Brooklynie. Miał tam większość swoich rzeczy, tak że pokój świecił pustaki i niczym nie różnił się od każdej innej sypialni w Instytucie.
Był już wieczór. Nowy Jork rozświetlały miliony lamp ulicznych, neonów na sklepach i barach oraz reflektorów samochodowych. Za ciemnymi, deszczowymi chmurami krył się księżyc i gwiazdy.
Alec westchnął. W mieście rzadko było widać gwiazdy, jednak chłopak pamiętał wieczór nad jeziorem w dniu ślubu Jocelyn i Luke’a. Cudowne gwiazdy, czyste niebo… i Magnusa.  Niedawno przed tym pogodzili się i wtedy cieszyli się sobą od nowa. Wszystko zaczęło się układać. Już nic nie było w stanie ich rozdzielić. Nie ważne gdzie, nie ważne jak, ale zawsze z Magnusem. To wystarczyło Alecowi do szczęścia.
Chłopak położył się w ubraniu. Nie mógł zasnąć. Wpatrywał się w sufit oświetlony migoczącymi światłami miasta. Dzisiaj wydarzyło się dużo i jeszcze dużo miało się wydarzyć, ale Alec jeszcze o tym nie wiedział.


***


Catarina stanęła jak wryta. Zachowanie likantropki przerażało ją. Czarownica nie wiedziała co ma zrobić. Zanim uświadomiła sobie, że powinna jak najszybciej uciekać, było już za późno.
Natasha w jednej chwili znalazła się przy niej, warcząc groźnie. Sekundę później Catarina leżała na podłodze, przygnieciona przez likantropkę, która usiłowała dosięgnąć jej gardła. Czarownica skupiła się i odepchnęła napastniczkę jednym celnym zaklęciem. Tasha wylądowała kilka metrów dalej, na łóżku. Zanim zdołała się podnieść, Catarina wybiegła z pokoju, zatrzaskując za sobą drzwi.
Czarownica nie zatrzymała się dopóki nie opuściła domu. Odwróciła się i zakluczyła drzwi, aby mieć pewność, że rozjuszona likantropka znów jej nie zaatakuje.
W tej samej chwili przez furtkę wszedł Magnus. Popatrzył zdziwiony na zasapaną przyjaciółkę.
            - Tasha oszalała – wydyszała Catarina.
            Oczy Magnusa zalśniły w przytłumionym świetle.
            - Wchodzimy – powiedział, a wokół niego uniosły się niebieskie iskry.
Kobieta niepewnie otworzyła drzwi i podążyła za Czarownikiem. Była gotowa na natychmiastowy atak. Ten, jednak nie nastąpił. Natashy nigdzie nie było.
            Weszli do salonu. Catarina poczuła dreszcz biegnący wzdłuż kręgosłupa.
            - Ona tu jest – wyszeptała.
            Sięgnęła do włącznika światła. Pokój utonął w bladożółtym blasku. Magnus zamrugał szybko. Dostrzegł ciemny kształt w kącie.
            - Natasha – powiedział najspokojniej jak potrafił.
            Wyciągnął przed siebie ręce i podchodził powoli do dziewczyny. Likantropka patrzyła na niego wielkimi, czarnymi oczami, w których nie odbijało się światło. Magnus już wiedziała, że blondynka jest opętana.
            - Catarina, pentagram – powiedział, nie odwracając się do czarownicy.
            Natasha nawet nie drgnęła. Wpatrywała się w Czarownika szeroko otwartymi oczami.
            - Pokaż się – rozkazał demonowi.
            Dziewczyna zaśmiała się ochryple i przemówiła głębokim głosem
            - Chcesz, żeby ona zginęła?- zapytał.
            - Zostaw ją i pokaż swoją twarz!- zażądał Magnus – Chyba, że się boisz.
            - Nie masz nade mną żadnej władzy – odparł.
            - Magnus, teraz! – krzyknęła Catarina.
            Czarownik ruszył nieznacznie nadgarstkiem, a między jego palcami zalśniły niebieskie ogniki. Likantropka zaczęła mimowolnie przesuwać się w stronę pentagramu. Demon ryczał wściekle i próbował oprzeć się zaklęciu Magnusa, wymachując kończynami. W końcu Natasha, jak i demon, który ją opętał, znaleźli się wewnątrz pięcioramiennej gwiazdy.
            - Jak się nazywasz? – zapytała Catarina, podchodząc bliżej dziewczyny
            - Jak się nazywam? – powtórzył demon - Noszę wiele potężnych i niezrozumiałych dla ciebie, czarownico, imion. Ty możesz mnie nazywać Alfa!
            Magnus już wiedział, z kim mają do czynienia. Nie był to łatwy przeciwnik. To on stworzył pierwszego wilkołaka i to przez jego kłótnię ze stwórcą wampirów, te dwa gatunki się nienawidzą.
            - Po co przybyłeś na ziemię?- zapytał nerwowym głosem.
            - Czas spędzany w pustce strasznie się dłuży - demon westchnął teatralnie - każdemu może się nudzić.
            Magnus i Catarina nie mogli uwierzyć w to, co słyszą. Alfa przybył na Ziemię, bo mu się nudziło! Czarownik przeczuwał jednak, że demon ma jakiś plan i tylko sobie z nimi teraz pogrywa.  Chciał zapytać jeszcze o coś, ale nagle cały pentagram zasnuł gęsty duszący dym, który rozwiał się w jednej chwili, ukazując nieprzytomną likantropkę.


***


            Alec przebudził się. Na dworze wciąż panował mrok. Był środek nocy.
Kojarzycie to uczucie niepokoju, jakby ściskanie w żołądku? Tak właśnie czuł się Alec. Był zmęczony, ale czuł, że coś jest nie tak. Wyszedł ze swojego pokoju. Był boso, miał na sobie jedynie wytarte dżinsy i pomięty T-shirt. W ręce trzymał magiczny kamień, oświetlając sobie nim drogę przez korytarz.
            Usłyszał jakiś hałas. Przypominało to szloch. Alec skierował się do źródła dźwięku. Zdziwił się, gdy dotarł do pokoju swojej siostry. Niemożliwe, żeby ona płakała. Izzy jest twarda i nigdy nie płacze.
Nie płakała nawet, gdy miała dwanaście lat i podczas treningu złamała rękę. Alec wpadł wtedy w panikę, bo rodziców nie było w Instytucie, a przed wyjściem zakazali im wchodzić do sali treningowej.  Isabelle poprosiła go, żeby narysował jej Iratze. Była to jego pierwsza runa. Ręce mu się trzęsły, ale siostra była spokojna.
Alec zapukał lekko do drzwi. Czekał chwilę, ale Izzy zdawała się go nie usłyszeć. Nagle rozległ huk i drzwi zatrzęsły się w zawiasach.
- Odejdź!-  krzyknęła Izzy- Nie chcę z nikim gadać!
Dziewczyna znowu rzuciła czymś w drzwi.
- Iz, otwórz – poprosił delikatnie Alec.
Isabelle załkała żałośnie, niczym zbite dziecko.
- Co się stało? – Alec był bardzo zaniepokojony. – Nieważne, co się stało. Wiesz, że ja zawsze ci pomogę.
Przez chwilę nic nie słyszał. W końcu drzwi się otwarły i stanęła w nich Isabelle w różowej koszuli nocnej.

niedziela, 22 marca 2015

Rozdział 7



Jest nowy rozdział!! Po 2 miesiącach nicnierobienia, powstał i jest przed państwem. Mam nadzieję, że było warto czekać. Proszę was, motywujcie mnie do dalszej pracy  :)



- Jestem potrzebny tutaj – zaprotestował Czarownik, przeczesując ręką włosy.
Czarne kosmyki okalały w nieładzie jego twarz.
- Coś mnie zastanawia – odezwał się Bat.
- Ten cały demon… on sam sobie nie przyszedł… Znaczy, ktoś musiał go wezwać, tak? – zapytał.
Alec niechętnie odwrócił wzrok od Magnusa i spojrzał na wilkołaka.
- Potężne demony, bez potrzeby nie fatygują się do nas, ale jeżeli jakiś wielki czarownik by go wezwał… Tak czy siak, jest tu w  jakimś celu – wyjaśnił Nocny Łowca, przygryzając wargę w zamyśleniu.
            - Na celowniku ma wilkołaki. Co przeskrobaliście?- zapytał Jace z taką miną, jakby bawiła go cała sytuacja.
            - To nie nasza wina, że jakiś cholerny demon się na nas uwziął! Może uważasz, że my nie umiemy o siebie zadbać? Że sami pakujemy się w kłopoty, a „cudowni” Nephilim muszą ratować nasze tyłki?! – Krzyczała zdenerwowana Maia.
Kilka osób obdarzyło ją zaciekawionym spojrzeniem. Dziewczyna opadła na fotel zarumieniona z emocji. Łypała na wszystkich spode łba. Bat położył jej rękę na ramieniu, ale ona ją strąciła z obrażoną miną. Dziewczyna drżała lekko, przygryzła wargę i zamknęła oczy. Oddychała głęboko. Było widać jak złość ją powoli opuszcza.
Jace powstrzymywał się od śmiechu.
- A jednak, nie umiesz się kontrolować. Uważaj żeby wilczek… - urwał, bo Clary kopnęła go pod stołem. Maia oddychała coraz szybciej. – Auuuu… za co to??
Dziewczyna popatrzyła na niego zabójczym wzrokiem.
            - Możecie przez chwilę być poważni? – zapytał spokojnie Luke.
Jace przewrócił oczami. Atmosfera była napięta.
            - Nie powinniśmy obwiniać wilkołaków… Nie mamy  żadnych dowodów – odezwał się pojednawczym tonem Alek. – Nie mamy prawie nic, żadnych informacji, tylko niejasne informacje od Natashy… mamy od czego zacząć, ale to i tak niewiele.
            - Jace byłeś wczoraj na patrolu, prawda? – zapytała Clary, przenosząc wzrok na niezadowolonego blondyna.
            - Byłem – burknął – i prawdę mówiąc, jestem wykończony, prawie nie spałem… - ziewnął przeciągle. – Zjadłbym coś – dodał, sięgając po kartę dań.
Alec wyrwał mu menu z ręki i  zdzielił Jace nim w głowę.
            - Jak możesz teraz myśleć o jedzeniu? – zapytał z oburzeniem.
Blondyn wydawał się obrażony.
            - Jestem głodny – czy to grzech? – mruknął Jace.
            - Uspokójcie się! – krzyknęła Izzy, uderzając pięścią w stół. – Trzeba wymyślić jakiś plan.
            Clary wyjęła szkicownik i ołówek.
            - Dobra… zastanówmy się, co już mamy – zaproponowała.
            -  Wiemy, że demon ma chrapkę na wilkołaki – mruknął Simon. – Nie wiemy tylko czemu.
            Dziewczyna notowała wszystko w szkicowniku.
            - Natasha została opętana przez demona i zabijała – dodał smutnym głosem Alec. – Jej brat jest wampirem. Ma na imię Toby. Nie wiem czy to istotne.
            - Wszystko jest ważne – mruknęła Clary, nie ponosząc głowy znad notatek. – Toby, tak? – zapytała, a gdy Alec przytaknął, zapisała imię na kartce.
            Po jakiś 20 minutach wymieniania informacji, wszystko było zanotowane.
            - Tyle wiemy – podsumowała Clary, wyrywając kartkę ze szkicownika.
Jace wziął ją od dziewczyny. Prześledził wzrokiem staranne pismo, pokrywające całą kartkę.
            -  Okey, co nam po notatkach, jeżeli nie mamy planu? – zapytał Bat, lekko podenerwowany.
- Trzeba wiedzieć z czym mamy do czynienia – zauważył Magnus. – Jeżeli sieje takie zniszczenie, jest to potężny demon, może jeden z Wielkich… Nie mam pojęcia kto i po co, miałby go wzywać?
Alec chciał coś powiedzieć, ale w tym momencie Izzy gwałtownie wstała
od stołu, przewracając pieprzniczkę. Dziewczyna była blada. Biegiem udała się, bez słowa ku toaletom.
            - Co jej się stało? – zapytała zdziwiona Maia.
Simon wzruszył ramionami, ale wydawał się zmartwiony. Niepewnie spoglądał na drzwi, za którymi zniknęła Nocna Łowczyni.
- Od rana była jakaś nieswoja – powiedział.
Alec też patrzył w tą samą stronę. Miał nieodgadnioną minę.
- Nieważne, może rozmazał jej się tusz – uciął Jace. – Wróćmy do planu.
Wszyscy na niego spojrzeli, nikt nic nie mówił.
Po chwili, jakby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, wszyscy zaczęli
jeden przez drugiego, rzucać pomysłami. Pośród tej wrzawy dał się słyszeć cichy dzwonek czyjegoś telefonu.
            Maia wyjęła komórkę z kieszeni, chyba jako jedyna zareagowała na piosenkę country. Spojrzała przelotnie na wyświetlacz. Dzwonił Mark. Miał zając się sforą podczas jej nieobecności. Miał dzwonić tylko w bardzo ważnych sprawach. Dziewczyna poczuła ucisk w żołądku. Nikt chyba nie zauważył, gdy odebrała, bo rozmowy nie przycichły.
            Wyszła na dwór, odprowadził ją zdziwiony wzrok Bata.
            - Halo? – odezwała się do telefonu, opierając się o brudną ścianę lokalu.
            - Maia… - coś przerywało, w słuchawce słyszała jakieś zgrzyty. – … Przyjdź… - Huk i krzyk przerażenia.
            Maia napięła wszystkie mieś nie. Przygotowywała się na najgorsze.
            - Mark! Mark!! – krzyczała do telefonu. Odpowiedział jej kolejna seria mrożących krew w żyłach odgłosów.
            Zgrzyt. Huk. Krzyki. Wycie ranionego wilka… Po tym okropnym dźwięku słyszał tylko głuchą ciszę zerwanego połączenia.
            Zerwała się do biegu. Nie miała czasu do stracenia. Nie przejmowała się zdziwionymi i oburzonymi przechodniami.


Alec widział przez okno czubek głowy Mai. Nagle głowa zniknęła, ale dziewczyna nie wróciła do środka.
            Nocny Łowca szturchnął Jace’a.
            - Gdzie jest Maia? – zapytał szeptem prosto do ucha przyjaciela, bo Simon, Clary i Bat rozprawiali w najlepsze o planie działania.
            - Wyszła porozmawiać przez telefon- odparł, patrząc na Aleca jak na idiotę.
            Chłopak zmroził go wzrokiem.
            - Stałą za drzwiami, a teraz jej nie ma – wyjaśnił, wskazując na okno.
Jace obrócił się we wskazaną stronę. Za szybą nie było nikogo. Blondyn po chwili zastanowienia, zerwał się z miejsca i wybiegł z baru.
            Na dworze nie było nikogo, oprócz kilku Przyziemnych.  Jace rozejrzał się po ulicy. Dostrzegł Maię biegnącą w stronę komisariatu. Byłą już za daleko, aby usłyszała jego wołanie.
            Za Nocnym Łowcą otworzyły się drzwi. Z baru wyszedł Luke, Bat i Alec.
            - Coś się stało – zauważył Bat. Jego oczy przybrały żółty kolor. Ruszył biegiem za dziewczyną.
            Jace już miał podążyć za nim, ale poczuł silą dłoń na ramieniu. Odwrócił się na pięcie. Spojrzał Lukowi w oczy.
            - To sprawa wilkołaków – powiedział spokojnie.
            - Nieważnie, nie zostawię was. Jestem Nephilim, muszę walczyć z demonami – wyrecytował, niczym jakąś formułkę.
            - Pogorszysz jeszcze sprawę – ostrzegł go Luke. – Wilkołaki nie lubią, gdy ktoś miesza się w ich sprawy. To naprawdę nie jest dobry pomysł. – Głos miał spokojny, ale na jego twarzy malowało się przerażenie.
            Jace patrzył na niego morderczym spojrzeniem. Nienawidził być niepotrzebny.
            - Proszę  nie mieszajcie się  -powiedział jeszcze i podążył za resztą likantropów.
            Bez problemu dogonił Bata. Kontrast między nimi był nawet zabawny.
            Bat – wysoki, umięśniony z szerokimi barkami i krótko przystrzyżonymi włosami, było prawie o głowę wyższy od Luka.
            Luke – mężczyzna w średnim wieku, w okularach przekrzywionych na nosie i z potarganymi, siwiejącymi włosami, które błagały się o fryzjera.
            Alec położył Jace’owi rękę na ramieniu.
            - On ma racje. Wilkołaki nie lubią obcych, a zwłaszcza tych, którzy pchają się do ich siedziby.
            Z baru wyszli jacyś podejrzanie wyglądający czarownicy, a za nimi Simon, Izzy i Clary.
            Isabelle wciąż była blada, stała wsparta o ramie Simona.
            - Tam dzieje się coś złego i jest w to zamieszany nasz demon – mruknął Jace z wściekłą miną.
           
****

Wpadła na komisariat niczym burza. Byłą już w połowie przemiany. Wilczymi oczami widziała dużo więcej w półmroku.
Wiele osób biegało i krzyczało. Ogólny zgiełk i hałas koncentrował się przy obydwu wyjściach. Kilka likantropów zmieniło się w wilki.
            Maia przepchnęła się przez tłum. Dopiero teraz spostrzegła winowajcę całego zamieszania. Jeden z młodych wilkołaków stał na środku pomieszczenia. Z pomiędzy bujnych rdzawych loków wystawały wilcze uszy pokryte szaro-złotą sierścią. 
            Chłopak trzymał w ramionach czarnowłosą dziewczynę. Dłonią zakończoną ostrymi pazurami, ściskał jej gardło. Maia rozpoznała Georgie – młodą likantropkę. Zawsze była pierwsza do bójki. Może próbowała powstrzymać Johne?
            - Zabiję ją! Zabiję, jeśli się nie poddacie! – krzyczał twardym, głębokim głosem, tak innym niż zazwyczaj
            Dziewczyna w jego ramionach drżała z przerażenia. Po jej policzkach spływały łzy. Poruszała ustami, ale Maia nie wiedziała, co chciała jej przekazać.
            - Johna… - powiedział ktoś niepewnie. – Nie chcesz jej skrzywdzić… Kochasz ją! – rozwścieczony chłopak zwrócił wzrok w jej stronę.
            Murzynka skuliła się pod jego spojrzeniem. Jej plecy wygięły się w łuk. Krzyknęła z bólu. Kilka osób do nie podbiegło, inni uciekali z przerażeniem.
            - Zostaw ją! – powiedziała donośnym głosem Maia.
            Chłopak zdawał się jej nie słyszeć.
            - Zostaw ją!! – wrzasnęła jeszcze głośniej.
            Jona odwrócił się na pięcie. Czarnoskóra dziewczyna upadła bezwładnie na podłogę.
            - Taka jesteś mądra? – zapytał z ironicznym uśmiechem. Przekrzywił głowę, mrużąc oczy.
            Chłopak podszedł wolnym krokiem do Mai. Prowadził przed sobą Georgię, która zdawała się mdleć ze strachu. Johna uśmiechnął się jeszcze szerzej.
            - Zobacz, co wywalczyłaś tymi krzykami – powiedział słodko i zacisnął palce na karku czarnowłosej.
            Dziewczyna gwałtownie otworzyła oczy i wydała zduszony  jęk. Po chwili  umilkła… jej oczy zaszły mgłą śmierci.
            Chłopak spojrzał na nią z obrzydzeniem i odrzucił w kąt, niczym szmacianą lalkę. Głuchy dźwięk rozległ się w prawie opustoszałym pomieszczeniu. Nikt nie podszedł, by zobaczyć, co się stało.
            Wyostrzone zmysły Mai zarejestrowały cichy dźwięk otwieranych drzwi. Dziewczyna nie odważyła się odwrócić wzroku. Wpatrywała się w Johne.
            Wszystko wydarzyło się naraz. Chłopak rzucił się na Maię, w locie zmieniając się w wilka. Dziewczyna nie zdążyła zareagować. Ktoś odepchnął ją i przyjął jej cios… Maia upadła na kolana.
            Krew…
Ktoś znalazł się obok Mai.         
            Warczenie…
            Kły…
            Pazury…
Dziewczyna nie mogła się podnieść… próbowała wstać, ale nogi się pod nią ugięły. Miała złamaną nogę… nie przyda się na nic… nie zdąży się wyleczyć.
            Spojrzała na walczących. Rozpoznała srebrzysto-czarne futro Bata. Był ranny, szkarłat rozlewał się po jego lewym boku. Przegrywał.
            Ktoś starał się mu pomóc. Luke… na darmo. Nie mieli szans. Johna był szybki i zabójczy.
            Wszędzie było pełno krwi. Mai kręciło się w głowie. Wiedziała, że noga szybko się zrośnie, ale nie dość szybko.  Nie da rady im pomóc. Wszystkie pozostałe wilkołaki pouciekały z pomieszczenia. Maia im się nie dziwiła. Sama by też uciekła na ich miejscu.
            Coś huknęło. Dziewczyna gwałtownie podniosła głowę. Poczuła ból w karku. Bat  leżał pod ścianą. Był chyba nieprzytomny. Mocno krwawił. Jeszcze żył. Zmienił się w człowieka. Jeżeli nie mógł utrzymać wilczej postać, musiał być w bardzo złym stanie.
            Maia podczołgała się do niego z trudem. Na środku pomieszczenia Luke ścierał się z Johną. Obydwoje byli ranni, ale najwidoczniej Luke przegrywał.
            Dziewczyna z wielkim wysiłkiem usiadła koło Bata. Oparła się plecami o ścianę. Klatka piersiowa chłopaka unosiła się delikatnie, nierówno. Po policzkach Mai popłynęły łzy. Nie jest za późno, on z tego wyjdzie – powtarzała sobie w myślach, ale na głos nie była w stanie nic powiedzieć.
            Bat poruszył ustani, nie otwierając oczu. Maia pochyliła się nad nim. Ignorowała okropny ból w złamanej nodze. To było teraz najmniej ważne. Chwyciła Bata za rękę, jego palce był zimne jak lód.
            - Maia… - wyszeptał, prawie niesłyszalnie, chłopak. – Kocham cię… pamiętaj – westchnął i zamilkł. Na zawsze….


______________________________________________________

Zakończenie smutne… Mam nadzieję, że się podobało.
Wie, że od ponad  2 miesięcy nic nie wstawiała, ale nie miałam weny.

Skomentujcie, to na serio mnie motywuje.

~~Lightwoodówna~~