niedziela, 22 marca 2015

Rozdział 7



Jest nowy rozdział!! Po 2 miesiącach nicnierobienia, powstał i jest przed państwem. Mam nadzieję, że było warto czekać. Proszę was, motywujcie mnie do dalszej pracy  :)



- Jestem potrzebny tutaj – zaprotestował Czarownik, przeczesując ręką włosy.
Czarne kosmyki okalały w nieładzie jego twarz.
- Coś mnie zastanawia – odezwał się Bat.
- Ten cały demon… on sam sobie nie przyszedł… Znaczy, ktoś musiał go wezwać, tak? – zapytał.
Alec niechętnie odwrócił wzrok od Magnusa i spojrzał na wilkołaka.
- Potężne demony, bez potrzeby nie fatygują się do nas, ale jeżeli jakiś wielki czarownik by go wezwał… Tak czy siak, jest tu w  jakimś celu – wyjaśnił Nocny Łowca, przygryzając wargę w zamyśleniu.
            - Na celowniku ma wilkołaki. Co przeskrobaliście?- zapytał Jace z taką miną, jakby bawiła go cała sytuacja.
            - To nie nasza wina, że jakiś cholerny demon się na nas uwziął! Może uważasz, że my nie umiemy o siebie zadbać? Że sami pakujemy się w kłopoty, a „cudowni” Nephilim muszą ratować nasze tyłki?! – Krzyczała zdenerwowana Maia.
Kilka osób obdarzyło ją zaciekawionym spojrzeniem. Dziewczyna opadła na fotel zarumieniona z emocji. Łypała na wszystkich spode łba. Bat położył jej rękę na ramieniu, ale ona ją strąciła z obrażoną miną. Dziewczyna drżała lekko, przygryzła wargę i zamknęła oczy. Oddychała głęboko. Było widać jak złość ją powoli opuszcza.
Jace powstrzymywał się od śmiechu.
- A jednak, nie umiesz się kontrolować. Uważaj żeby wilczek… - urwał, bo Clary kopnęła go pod stołem. Maia oddychała coraz szybciej. – Auuuu… za co to??
Dziewczyna popatrzyła na niego zabójczym wzrokiem.
            - Możecie przez chwilę być poważni? – zapytał spokojnie Luke.
Jace przewrócił oczami. Atmosfera była napięta.
            - Nie powinniśmy obwiniać wilkołaków… Nie mamy  żadnych dowodów – odezwał się pojednawczym tonem Alek. – Nie mamy prawie nic, żadnych informacji, tylko niejasne informacje od Natashy… mamy od czego zacząć, ale to i tak niewiele.
            - Jace byłeś wczoraj na patrolu, prawda? – zapytała Clary, przenosząc wzrok na niezadowolonego blondyna.
            - Byłem – burknął – i prawdę mówiąc, jestem wykończony, prawie nie spałem… - ziewnął przeciągle. – Zjadłbym coś – dodał, sięgając po kartę dań.
Alec wyrwał mu menu z ręki i  zdzielił Jace nim w głowę.
            - Jak możesz teraz myśleć o jedzeniu? – zapytał z oburzeniem.
Blondyn wydawał się obrażony.
            - Jestem głodny – czy to grzech? – mruknął Jace.
            - Uspokójcie się! – krzyknęła Izzy, uderzając pięścią w stół. – Trzeba wymyślić jakiś plan.
            Clary wyjęła szkicownik i ołówek.
            - Dobra… zastanówmy się, co już mamy – zaproponowała.
            -  Wiemy, że demon ma chrapkę na wilkołaki – mruknął Simon. – Nie wiemy tylko czemu.
            Dziewczyna notowała wszystko w szkicowniku.
            - Natasha została opętana przez demona i zabijała – dodał smutnym głosem Alec. – Jej brat jest wampirem. Ma na imię Toby. Nie wiem czy to istotne.
            - Wszystko jest ważne – mruknęła Clary, nie ponosząc głowy znad notatek. – Toby, tak? – zapytała, a gdy Alec przytaknął, zapisała imię na kartce.
            Po jakiś 20 minutach wymieniania informacji, wszystko było zanotowane.
            - Tyle wiemy – podsumowała Clary, wyrywając kartkę ze szkicownika.
Jace wziął ją od dziewczyny. Prześledził wzrokiem staranne pismo, pokrywające całą kartkę.
            -  Okey, co nam po notatkach, jeżeli nie mamy planu? – zapytał Bat, lekko podenerwowany.
- Trzeba wiedzieć z czym mamy do czynienia – zauważył Magnus. – Jeżeli sieje takie zniszczenie, jest to potężny demon, może jeden z Wielkich… Nie mam pojęcia kto i po co, miałby go wzywać?
Alec chciał coś powiedzieć, ale w tym momencie Izzy gwałtownie wstała
od stołu, przewracając pieprzniczkę. Dziewczyna była blada. Biegiem udała się, bez słowa ku toaletom.
            - Co jej się stało? – zapytała zdziwiona Maia.
Simon wzruszył ramionami, ale wydawał się zmartwiony. Niepewnie spoglądał na drzwi, za którymi zniknęła Nocna Łowczyni.
- Od rana była jakaś nieswoja – powiedział.
Alec też patrzył w tą samą stronę. Miał nieodgadnioną minę.
- Nieważne, może rozmazał jej się tusz – uciął Jace. – Wróćmy do planu.
Wszyscy na niego spojrzeli, nikt nic nie mówił.
Po chwili, jakby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, wszyscy zaczęli
jeden przez drugiego, rzucać pomysłami. Pośród tej wrzawy dał się słyszeć cichy dzwonek czyjegoś telefonu.
            Maia wyjęła komórkę z kieszeni, chyba jako jedyna zareagowała na piosenkę country. Spojrzała przelotnie na wyświetlacz. Dzwonił Mark. Miał zając się sforą podczas jej nieobecności. Miał dzwonić tylko w bardzo ważnych sprawach. Dziewczyna poczuła ucisk w żołądku. Nikt chyba nie zauważył, gdy odebrała, bo rozmowy nie przycichły.
            Wyszła na dwór, odprowadził ją zdziwiony wzrok Bata.
            - Halo? – odezwała się do telefonu, opierając się o brudną ścianę lokalu.
            - Maia… - coś przerywało, w słuchawce słyszała jakieś zgrzyty. – … Przyjdź… - Huk i krzyk przerażenia.
            Maia napięła wszystkie mieś nie. Przygotowywała się na najgorsze.
            - Mark! Mark!! – krzyczała do telefonu. Odpowiedział jej kolejna seria mrożących krew w żyłach odgłosów.
            Zgrzyt. Huk. Krzyki. Wycie ranionego wilka… Po tym okropnym dźwięku słyszał tylko głuchą ciszę zerwanego połączenia.
            Zerwała się do biegu. Nie miała czasu do stracenia. Nie przejmowała się zdziwionymi i oburzonymi przechodniami.


Alec widział przez okno czubek głowy Mai. Nagle głowa zniknęła, ale dziewczyna nie wróciła do środka.
            Nocny Łowca szturchnął Jace’a.
            - Gdzie jest Maia? – zapytał szeptem prosto do ucha przyjaciela, bo Simon, Clary i Bat rozprawiali w najlepsze o planie działania.
            - Wyszła porozmawiać przez telefon- odparł, patrząc na Aleca jak na idiotę.
            Chłopak zmroził go wzrokiem.
            - Stałą za drzwiami, a teraz jej nie ma – wyjaśnił, wskazując na okno.
Jace obrócił się we wskazaną stronę. Za szybą nie było nikogo. Blondyn po chwili zastanowienia, zerwał się z miejsca i wybiegł z baru.
            Na dworze nie było nikogo, oprócz kilku Przyziemnych.  Jace rozejrzał się po ulicy. Dostrzegł Maię biegnącą w stronę komisariatu. Byłą już za daleko, aby usłyszała jego wołanie.
            Za Nocnym Łowcą otworzyły się drzwi. Z baru wyszedł Luke, Bat i Alec.
            - Coś się stało – zauważył Bat. Jego oczy przybrały żółty kolor. Ruszył biegiem za dziewczyną.
            Jace już miał podążyć za nim, ale poczuł silą dłoń na ramieniu. Odwrócił się na pięcie. Spojrzał Lukowi w oczy.
            - To sprawa wilkołaków – powiedział spokojnie.
            - Nieważnie, nie zostawię was. Jestem Nephilim, muszę walczyć z demonami – wyrecytował, niczym jakąś formułkę.
            - Pogorszysz jeszcze sprawę – ostrzegł go Luke. – Wilkołaki nie lubią, gdy ktoś miesza się w ich sprawy. To naprawdę nie jest dobry pomysł. – Głos miał spokojny, ale na jego twarzy malowało się przerażenie.
            Jace patrzył na niego morderczym spojrzeniem. Nienawidził być niepotrzebny.
            - Proszę  nie mieszajcie się  -powiedział jeszcze i podążył za resztą likantropów.
            Bez problemu dogonił Bata. Kontrast między nimi był nawet zabawny.
            Bat – wysoki, umięśniony z szerokimi barkami i krótko przystrzyżonymi włosami, było prawie o głowę wyższy od Luka.
            Luke – mężczyzna w średnim wieku, w okularach przekrzywionych na nosie i z potarganymi, siwiejącymi włosami, które błagały się o fryzjera.
            Alec położył Jace’owi rękę na ramieniu.
            - On ma racje. Wilkołaki nie lubią obcych, a zwłaszcza tych, którzy pchają się do ich siedziby.
            Z baru wyszli jacyś podejrzanie wyglądający czarownicy, a za nimi Simon, Izzy i Clary.
            Isabelle wciąż była blada, stała wsparta o ramie Simona.
            - Tam dzieje się coś złego i jest w to zamieszany nasz demon – mruknął Jace z wściekłą miną.
           
****

Wpadła na komisariat niczym burza. Byłą już w połowie przemiany. Wilczymi oczami widziała dużo więcej w półmroku.
Wiele osób biegało i krzyczało. Ogólny zgiełk i hałas koncentrował się przy obydwu wyjściach. Kilka likantropów zmieniło się w wilki.
            Maia przepchnęła się przez tłum. Dopiero teraz spostrzegła winowajcę całego zamieszania. Jeden z młodych wilkołaków stał na środku pomieszczenia. Z pomiędzy bujnych rdzawych loków wystawały wilcze uszy pokryte szaro-złotą sierścią. 
            Chłopak trzymał w ramionach czarnowłosą dziewczynę. Dłonią zakończoną ostrymi pazurami, ściskał jej gardło. Maia rozpoznała Georgie – młodą likantropkę. Zawsze była pierwsza do bójki. Może próbowała powstrzymać Johne?
            - Zabiję ją! Zabiję, jeśli się nie poddacie! – krzyczał twardym, głębokim głosem, tak innym niż zazwyczaj
            Dziewczyna w jego ramionach drżała z przerażenia. Po jej policzkach spływały łzy. Poruszała ustami, ale Maia nie wiedziała, co chciała jej przekazać.
            - Johna… - powiedział ktoś niepewnie. – Nie chcesz jej skrzywdzić… Kochasz ją! – rozwścieczony chłopak zwrócił wzrok w jej stronę.
            Murzynka skuliła się pod jego spojrzeniem. Jej plecy wygięły się w łuk. Krzyknęła z bólu. Kilka osób do nie podbiegło, inni uciekali z przerażeniem.
            - Zostaw ją! – powiedziała donośnym głosem Maia.
            Chłopak zdawał się jej nie słyszeć.
            - Zostaw ją!! – wrzasnęła jeszcze głośniej.
            Jona odwrócił się na pięcie. Czarnoskóra dziewczyna upadła bezwładnie na podłogę.
            - Taka jesteś mądra? – zapytał z ironicznym uśmiechem. Przekrzywił głowę, mrużąc oczy.
            Chłopak podszedł wolnym krokiem do Mai. Prowadził przed sobą Georgię, która zdawała się mdleć ze strachu. Johna uśmiechnął się jeszcze szerzej.
            - Zobacz, co wywalczyłaś tymi krzykami – powiedział słodko i zacisnął palce na karku czarnowłosej.
            Dziewczyna gwałtownie otworzyła oczy i wydała zduszony  jęk. Po chwili  umilkła… jej oczy zaszły mgłą śmierci.
            Chłopak spojrzał na nią z obrzydzeniem i odrzucił w kąt, niczym szmacianą lalkę. Głuchy dźwięk rozległ się w prawie opustoszałym pomieszczeniu. Nikt nie podszedł, by zobaczyć, co się stało.
            Wyostrzone zmysły Mai zarejestrowały cichy dźwięk otwieranych drzwi. Dziewczyna nie odważyła się odwrócić wzroku. Wpatrywała się w Johne.
            Wszystko wydarzyło się naraz. Chłopak rzucił się na Maię, w locie zmieniając się w wilka. Dziewczyna nie zdążyła zareagować. Ktoś odepchnął ją i przyjął jej cios… Maia upadła na kolana.
            Krew…
Ktoś znalazł się obok Mai.         
            Warczenie…
            Kły…
            Pazury…
Dziewczyna nie mogła się podnieść… próbowała wstać, ale nogi się pod nią ugięły. Miała złamaną nogę… nie przyda się na nic… nie zdąży się wyleczyć.
            Spojrzała na walczących. Rozpoznała srebrzysto-czarne futro Bata. Był ranny, szkarłat rozlewał się po jego lewym boku. Przegrywał.
            Ktoś starał się mu pomóc. Luke… na darmo. Nie mieli szans. Johna był szybki i zabójczy.
            Wszędzie było pełno krwi. Mai kręciło się w głowie. Wiedziała, że noga szybko się zrośnie, ale nie dość szybko.  Nie da rady im pomóc. Wszystkie pozostałe wilkołaki pouciekały z pomieszczenia. Maia im się nie dziwiła. Sama by też uciekła na ich miejscu.
            Coś huknęło. Dziewczyna gwałtownie podniosła głowę. Poczuła ból w karku. Bat  leżał pod ścianą. Był chyba nieprzytomny. Mocno krwawił. Jeszcze żył. Zmienił się w człowieka. Jeżeli nie mógł utrzymać wilczej postać, musiał być w bardzo złym stanie.
            Maia podczołgała się do niego z trudem. Na środku pomieszczenia Luke ścierał się z Johną. Obydwoje byli ranni, ale najwidoczniej Luke przegrywał.
            Dziewczyna z wielkim wysiłkiem usiadła koło Bata. Oparła się plecami o ścianę. Klatka piersiowa chłopaka unosiła się delikatnie, nierówno. Po policzkach Mai popłynęły łzy. Nie jest za późno, on z tego wyjdzie – powtarzała sobie w myślach, ale na głos nie była w stanie nic powiedzieć.
            Bat poruszył ustani, nie otwierając oczu. Maia pochyliła się nad nim. Ignorowała okropny ból w złamanej nodze. To było teraz najmniej ważne. Chwyciła Bata za rękę, jego palce był zimne jak lód.
            - Maia… - wyszeptał, prawie niesłyszalnie, chłopak. – Kocham cię… pamiętaj – westchnął i zamilkł. Na zawsze….


______________________________________________________

Zakończenie smutne… Mam nadzieję, że się podobało.
Wie, że od ponad  2 miesięcy nic nie wstawiała, ale nie miałam weny.

Skomentujcie, to na serio mnie motywuje.

~~Lightwoodówna~~

poniedziałek, 26 stycznia 2015

Konkurs !!!

Wyniki konkursu widać już od jakiegoś czau na blogu.
Postanowiłam w końcu napisać posta podsumowującego konkurs.
Niestety dostałam mało prac. No trudno, widocznie konkurs się nie spodobał.

Zwyciężyła Nysiątko :)
To jej genialny art jest teraz  nagłówkiem bloga i dlatego zmieniłam cały styl. Musiałam wybrać kolorki bardziej pasujące do arta, a mianowicie - jak widzicie - brązy i czernie.


Mam nadzieję, że nowy wygląd wam się podoba :)
Na pewno będę jeszcze dopracowywać ten look i chętnie przyjmę wasze rady :)


Pozdrawiam :*
~~ Lightwoodówna~

niedziela, 4 stycznia 2015

Rozdział 6


Rozdział powstał i jest :D Zapraszam do czytania i wielkie dzięki wszystkim, którzy mnie zmotywowali do pisania :*

Nie wiedział, co ma robić. Izzy była u Simona, Clary i Jace trenowali, a Magnus poszedł z Tashą do Catariny.
Alec został sam.
         Wyszedł z Instytutu, mimo, że mieszkał tam przez całe życie, nie czuł się już tam dobrze. Cztery ściany jego pokoju przypominały mu czas po zerwaniu z Magnusem. Te wszystkie emocje, które wtedy czuł… samotność, ból, smutek… i okropne poczucie winy.
         Bliskość rodziny to jedno, ale świadomość posiadania ukochanej osoby, przebywanie z nią… to zupełnie coś innego.
         Szedł przed siebie zupełnie nieświadomy, dokąd zmierza. Automatycznie skręcał w kolejne ulice. Zdziwił się, gdy spostrzegł, że trafił do Taki. Wszedł do środka. Znalazł pusty boks i usiadł w kącie.
         Wokół panował ruch. Najróżniejsze magiczne stworzenia wchodziły i wychodziły z baru. Para wilkołaków o szerokich ramionach zamówiła talerz z surowym mięsem… Czarownik o zielonej skórze i długim ogonie zakończonym czymś w rodzaju grzechotki węża przyglądał się wszystkim spode łba czarnymi oczami. Grupka fearie chichotała przy barze popijając kolorowe drinki z parasolkami.
         - Co podać? – zapytała kelnerka Kaelie.
         Alec westchnął i popatrzył na młodą fearie.
         - Myślałem, że po objęciu stanowiska w radzie nie będziesz już tu pracować? – zapytał chłopak.
         Kaelie wzruszyła ramionami.
         - Lubię tą pracę – odparła z uśmiechem. Teraz po prostu częściej będę miała urlop _ odparła wyjmując ołówek zza ucha. – Więc, co podać?
Alec już miał odpowiedzieć, gdy zadzwonił jego telefon. Wyjął komórkę z kieszeni. Dzwonił Magnus. Chłopak odebrał.
         - Przyjdź do Catariny. To pilne.- Usłyszał w słuchawce
         - Co się stało? – zapytał, wstając gwałtownie od stolika.
Nie zwracał uwagi na zdziwioną kelnerkę.
         - Dowiedzieliśmy się czegoś od dziewczyny – wyjaśnił Magnus. – To nie sprawa na telefon – dodał, zanim Alec zdążył się odezwać.
         - Już idę! – powiedział chłopak, wybiegając z restauracji.
Catariny mieszkała niedaleko. Jej mały i przytulny domek odcinał się od szklanych, wysokich gmachów centrum. Ogródek przed domem- teraz ukryty pod warstwą śniegu- w ciepłe dni tworzył zaciszne miejsce, pośród miejskiego hałasu, a wielki dąb górował nad wszystkim.
         Alec zadzwonił do drzwi. Otworzyła Catariny. Białe włosy związała w wysoki kucyk, a szpitalny fartuch zmieniła na jasny sweter i dopasowane dżinsy.
         Obdarzyła chłopaka zmęczonym uśmiechem.
         - Wejdź, Magnus jest w salonie – powiedziała przyjaznym głosem. – Pierwsze drzwi po lewej. – wskazała na jasne, drewniane drzwi.
Podążył we wskazanym kierunku, Catariny poszła za nim.
         Salon był mały, ale urządzony bardzo przytulnie. Jasne, drewniane meble idealnie współgrały z błękitną kanapą na metalowych nóżkach. Na podłodze leżał puszysty dywan w niebieskie i kremowe pasy.
Białe zasłony przysłaniały okna wychodzące na ogródek.
         Blondynka siedziała na sofie. Kolana podciągnęła do klatki piersiowej, drżała lekko. Magnus siedział na oparciu kanapy. Wyglądał na zmęczonego i przerażonego.
         Podniósł oczy na Aleca.
         - Co się stało?- zapytał chłopak.
Dziewczyna łkała cicho.
         - Catariny weź ją do drugiego pokoju – powiedział Magnus, wstając z kanapy. Wciąż wyglądał na nieobecnego.
         Gdy wyszły z pokoju, Alec zapytał po raz drugi.
         - Co się stało?
         - Użyłem wszystkich znanych mi sposobów, żeby przywrócić jej pamięć…- zaczął Magnus, przechadzając się po pokoju. – udało mi się zdobyć kilka ważnych informacji… Likantropka jest tym przerażona. – Czarownik przerwał spoglądając przez okno.
         Alec usiadł na kanapie, ale wiercił się nerwowo, nie wiedział czy chce słuchać dalej. Ale nie przerwał Magnusowi, nie ważne, czego się dowiedział, każda informacja była istotna.
Czarownik westchnął, nie odrywając wzroku od okna.
         - Natasha ma 16 lat – odezwał się dziwnym głosem.- Nigdy nie została zaatakowana przez wilkołaka…
         - To jak stała się likantropem? – zapytał Alec zaintrygowany.
         - Coś ją zaatakowało…. Możliwe, że demon…- Magnus przerwał w zamyśleniu.- Mógł to być demon, od którego pochodzą wilkołaki… ale musiałby wezwać go naprawdę wielki Czarownik… Sam nigdy by nie przyszedł na Ziemię… nie mam pojęcia, kto byłby na tyle potężny i… głupi żeby to zrobić…
         - Ale to możliwe? – zapytał Alec, wstając z kanapy.- Znaczy, czy ktoś, kto przyzwałby tego demona miałby nad nim władzę?
         Magnus odwrócił się od okna, jakby wyrwany głębokiego zamyślenia. Spojrzał ze zdziwieniem na swojego rozmówcę.
         - Demon byłby bezbronny, dopóki pozostałby w pentagramie… chyba, że ktoś specjalnie go wypuścił… Teraz atakuje i zabija ludzi, albo zamienia ich w wilkołaki… Natasha była jedną z jego ofiar. Demon ją opanował i zmusił do …- głos mu się złamał.
Chociaż Magnus starał się to ukryć, Alec wiedział, że Czarownik jest przerażony. To wszystko było straszne, a chłopak wiedział, że będzie jeszcze gorzej. Zapadła cisza. Nikt się nie odzywał. Zdawało się, że cały świat na chwilę się zatrzymał.
W końcu ciszę przerwał głos Magnusa.
- Demon zmusił ją do za… zaatakowania własnych rodziców… Dziewczyna mówiła, że Głos - tak właśnie mówiła na demona- kazał jej wziąć nóż i ich … zaatakować ich. Nie pamiętaj jak ich… jak to robiła. Później zobaczyła krew… ich ciała… i domyśliła się, że ona to zrobiła… - Czarownik westchnął. W jego kocich oczach lśniły łzy… przypomniał sobie bardzo odległe czasy, gdy był jeszcze dzieckiem… Jego własny ojciec chciał go utopić… w tedy Magnus po raz pierwszy użył swojej mocy- jego ojciec stanął w płomieniach…
- Uciekła z domu… motała się po mieście. Zadzwoniła do swojego brata… - Magnus przełknął głośno ślinę.
- Zaraz…- Alec zmarszczył brwi.- Przecież Toby jest wampirem – przypomniał.
- Był już wieczór.- Magnus kontynuował, nie zwracając uwagi na chłopaka.- spotkali się, ale demon kazał dziewczynie go zaatakować. Chłopakowi udało się uciec, chyba nic mu nie jest. Demon zmusił likantropkę do opuszczenia miasta, wywiódł ją na jakąś polanę i tam zamienił w wilkołaka.- Magnus zamknął oczy, wyglądał na wyczerpanego.
- Bieda dziewczyna – szepnął Alec.
- Trzeba się zastanowić, co zrobimy z tymi wiadomościami – powiedział rzeczowym tonem Magnus.- Musimy pozbyć się demona i to jak najszybciej. Będzie coraz więcej ofiar, jeżeli się tym nie zajmiemy.
- Trzeba porozmawiać z Lukiem i Maią – zaproponował Alec, wstając z kanapy, był gotowy do działania. – zadzwonię po resztę, a ty skontaktuj się z wilkołakami - dodał wyjmując telefon z tylnej kieszeni dżinsów.


****


Spotkali się parenaście minut później w Taki. Był już wieczór, a ruch się wzmógł. Teraz do baru przybywały również wampiry i inne mroczne stworzenia.
Siedzieli przy stoliku przy oknie. Luke już od kilku miesięcy nie był przywódcą stada, ale wszyscy liczyli się z jego zdaniem. Teraz watasze przewodniczyła Maia. Przyszła z Batem – swoim chłopakiem. Magnus opowiedział wszystkim zebranym, czego dowiedzieli się od Natashy.
Izabelle wydawała się nieobecna. Simon, co chwilę spoglądał na dziewczynę zmartwionym wzrokiem.
- Do sfory w ostatnim czasie dołączyły dwa nowe wilkołaki – powiedziała Maia, patrząc na zebranych.
- Czy ktoś z watahy zachowywał się dziwnie, lub agresywnie? – zapytał, Jace rozpierając się na fotelu.
- Kilka szczeniaków się ze sobą walczyło, ale to normalne… - Maia się zawahała.
Była skołowana tą sytuacją. Świat Cieni dopiero podnosił się, bo wojnie z Sebastianem. Wielu ważnych Podziemnych straciło życie w tej bitwie i teraz wszędzie panował zamęt.
- Trzeba zawiadomić Clave – wypaliła Clary, niechcący przewracając pieprzniczkę.
- Clave? – zapytał z kpina w głosie Jace. – oni mają „ważniejsze” rzeczy do roboty – dodał spoglądając wyzywająco na ludzi przy stole.
- Czyli mamy sami zająć się tym problemem?! – zapytał Simon uderzając pięścią w stół.
Izzy aż podskoczyła na krześle.
- Jocelyn, Maryse i Robert są w Idrisie – powiedział Luke spokojnym głosem.- Możemy do nich zadzwonić i o wszystkim im opowiedzieć, ale pewnie to niewiele da. Co nie znaczy, że nie warto spróbować. – Przeczesał ręką siwiejące włosy. – Magnus, Jocelyn mówiła, że niedługo dostaniesz wezwanie do Idrisu. Rada musi się zebrać, Alicante wciąż jest bezbronne. Trzeba odnowić czary ochronne… - westchnął.
Wyglądał na zmęczonego. Sztywna szczecina pokrywała jego szczękę. Pod jasnymi, błękitnymi oczami widniały sine cienie. Clary zastanawiała się, co robił Luke przez ostatnie kilka dni. Dziewczyna cały czas spędzała w Instytucie z Jace’em, czasami zostawała tam nawet na noc.
Teraz było jej wstyd. Luke został w nowym Jorku na polecenie Jocelyn. Kobieta nie wróciła do domu od czasu bitwy z Sebastianem. Clary rozmawiała z nią od tamtego czasu tylko raz.
dziewczyna wciąż upierała się, że może zamieszkać w Instytucie, tam będzie bezpieczna, ale matka się nie chciała na to zgodzić. Poprosiła Luka, żeby miał na nią oko, a Clary wiedziała, że mężczyzna o wiele bardziej wolałby być teraz w Indrisie, niż niańczyć dziewczynę, ale posłusznie został w nowym Jorku.




W końcu jest rozdział. Miał być trochę dłuższy, ale się nie udało. Mam nadzieję, że się podobał : )

Jestem teraz (jak zwykle) strasznie zajęta, bo w przyszłym tygodniu czekają mnie dwa ważne konkursy i nie wiem kiedy napisze następny rozdział, ale u mnie to normalka

Dzięki wszystkim, którzy mnie tak pięknie motywowali do pisani, to dzięki wam w ogóle jest ten rozdział.
Mam nadzieję, że teraz też mnie tak zmotywujecie
Mam wielką prośbę – komentujcie, bo nie wiem, czy wam się podoba czy jest kompletnie do dupy :P

~~Lightwoodówna~~



środa, 31 grudnia 2014

Sczęśliwego Nowego Roku !!

Magnus już przygotował imprezkę :) Wszyscy gotowi na przyjęcie...
Będzie... będzie zabawa, będzie się działo !!!


Mam do ws wielką prośbę :) Zróbcie coś, żeby zmotywować mnie do dalszego pisania... to bardzo ważne, bo nie mam siły pisać i nie wiem czy jest jeszcze dla kogo :)

~~ Lightwoodówna~~